O autorze
Tata Jasia. Pisze, bo sprawia mu to przyjemność... Udało mu się popełnić książkę Dylematy taty. Subiektywny poradnik rodzica

Przed terminem, czyli "nawiedzamy" szpital...

Jeszcze tylko ostry skręt w lewo, potem szybko w prawo i wjeżdżamy na całkowicie opustoszały parking przed szpitalem. Patrzę na zegarek i niczym wuefista pykam w myślach stoperem odmierzającym czas przebiegniętego okrążenia.
- Wow, Kociaku udało nam się dojechać w siedemnaście minut z Gdyni do Wrzeszcza, to chyba rekord - parkuję samochód i patrzę z dumą na moją żonę. Plan trasy został opracowany już kilka miesięcy temu w momencie podjęcia przez nas decyzji o wyborze szpitala. Przygotowanych zostało kilka wariantów w zależności od pory dnia i natężenia ruchu. Na szczęście jest sobota, późny wieczór lub i w dodatku "majówka", więc wszyscy i tak nawiedzają właśnie sopockie kluby i bawią się tak, jakby za kilka godzin miał być koniec świata.
- Jesteśmy jak kierowca rajdowy i pilot kończący właśnie kolejny odcinek specjalny rajdu... - urywam nagle w pół zdania, bo uliczna latarnia oświetliła właśnie twarz Dżoany, która świdruje mnie wzrokiem jakby przyłapała mnie właśnie na kradzieży banana z jej straganu. Powiedzieć, że zabija mnie wzrokiem, to tak jakby nic nie powiedzieć.
- Tak źle się czujesz? - pytam, aby chociaż trochę podratować sytuację. Już wiem, że moje kolejne zdania powinny być bardziej przemyślane. Gdyby Dżoana potrafiła strzelać wzrokiem to właśnie nie przeszedłbym kolejnego "levelu" w życiowej grze, a przed moimi oczami wyświetliłby się napis "Game Over", a pod nim "Press "start" to try again".


Mądrzejszy o kolejne cenne doświadczenie i nową wiedzę, wysiadam z samochodu i lecę do drzwi wejściowych. Teraz już wiem, że osoba, która wymyśliła powiedzenie "Nie ma głupich pytań....", po prostu nie znała życia zbyt dobrze i trochę się zagalopowała z tworzeniem tej sentencji lub nie przebywała w zamkniętym samochodzie z kobietą w 8 miesiącu ciąży, która bardzo źle się czuje.

Nigdy wcześniej nie byłem w tym szpitalu. Prze de mną stoi 3-piętrowy długi jak stodoła budynek z szarą, odpadającą elewacją, która najprawdopodobniej jakieś czterdzieści lat temu była jeszcze biała. W żadnym ze starych, drewnianych okien nie pali się światło. Cisza i ani żywej duszy wokoło. A może to nie jest tu? Cholera, pewnie pomyliłem adres. Być może to tylko jeden z wielu budynków szpitalnych - kostnica albo geriatra, a pozostałe budynki są z tyłu - próbuję się pocieszać. Moja nadzieja szybko zostaje rozwiana w momencie, gdy mój wzrok spoczął na czerwonej tablicy wiszącej nad wejściem oznajmiającej, że dobrze trafiliśmy. Tak naprawdę to naturalniej wyglądałby napis "Cyrk" na budynku polskiego parlamentu niż "Szpital Położniczy" tutaj. Jeżeli Smarzowski będzie kręcił jakiś film o czasach II Wojny Światowej to budynek dla tajnej policji Gestapo już ma. W zasadzie nie trzeba nawet nic "upiększać", wystarczy przed wejściem postawić charakterystyczną budkę wartownika i gotowe.


Cóż, muszę przyznać, że trochę inaczej to sobie wyobrażałem. Może nadmierna ilość seriali medycznych nastawiła mnie zbyt optymistycznie, ale spodziewałem się tętniącego życiem miejsca. Szeroko otwartych drzwi, przed którymi kłębią się podenerwowani tatusiowe in spe kotłujący papierosy jak stara lokomotywa i drepczący w miejscu; podjeżdżających karetek i krzątających się wszędzie lekarzy omawiających z podekscytowaniem udane operacje. A z boku stałby kosz, do którego rzucaliby starą pomarańczową piłką zestresowani stażyści i lekarze szukający chwili wytchnienia od wyczerpującej pracy jak George Cloney w "Ostrym Dyżurze". I gdzieś w tej całej szpitalnej krzątaninie jesteśmy "my", podjeżdżamy na podjazd dla karetek, ja wyskakuje i krzyczę "Proszę nam pomóc, moja żona jest w ciąży i coś jest nie tak", a przed samochodem wyrasta nagle zespół lekarzy i pielęgniarek. Ktoś wyciąga moją żonę i sadza na wózek, który właśnie podjechał i szybkim tempem cały zespół pchając wózek wbiega z powrotem do szpitala. Jednemu z kilku lekarzy udaje się jeszcze klepnąć mnie w ramie i powiedzieć "Proszę się nie denerwować. Wszystko będzie dobrze, Pana żona jest w dobrych rękach".
Tymczasem, jest ciemno, cicho jak na cmentarzu, a przed nami stoi obdrapany jak kible na dworcu budynek, który równie dobrze mógłby być opuszczonym szpitalem psychiatrycznym.
- Na pewno w środku jest dużo przyjemniej - zagaduję do Dżoany, aby podnieść ją trochę na duchu, bo jestem pewien, że ma takie same przemyślenia jak ja. Odpowiada mi jednak cisza. Odwracam się i widzę, że moja żona nadal siedzi w samochodzie. Utknęła. Otworzyła drzwi i spuściła nogi, ale nie może wysiąść. Udało mi się ją jakoś lekko rozkołysać i za trzecim razem "wypadła" z samochodu.

Podchodzimy do drzwi. Zaglądam przez szybę, ale w środku nie widać żywej duszy, tylko lekkie światło na korytarzu. Łapie za klamkę, ale drzwi nie chcą się otworzyć. Szarpię, więc mocniej - nadal nic. Próbuję jeszcze kilka razy. Zaczynam się w końcu z nimi szamotać to jednak nadal nic nie daję. Krótkie oględziny wskazują na to, że są zamknięte na klucz.
- Brawo Szerloku - podsumowuje z sarkazmem moje krótkie śledztwo Dżoana - Jak już skończyłeś, to wciśnij teraz ten pstryczek, może ktoś przyjdzie - dodała zrezygnowana wskazując na ścianie po prawej stronie od drzwi niewielki napis "Dzwonek", a pod nim niewielki przycisk. No bez jaj! Równie dobrze mogliby otwierać drzwi na hasło lub kazać pukać 3 razy i miałoby to mniej więcej taki sam sens jak umieszczanie miniaturowego pstryczka, który w ciągu dnia wygląda pewnie jak duża mucha albo ptasie gówno.
Wciskam przycisk i rozlega się cichy dźwięk dzwonka. Odczekujemy bliżej nieokreśloną chwilę, ale nic się nie dzieje. Drzwi są dalej zamknięte, a wokół nas dalej nie ma żywej duszy. Wciskam go jeszcze kilka razy, a potem przytrzymuje przez dobre kilkadziesiąt sekund. Po kilku minutach za drzwiami, z lewej strony zapala się światło. Teraz widać, że jest tam coś, co przypomina kanciapę ciecia. Wychodzi z niej jakaś postać i otwiera nam drzwi. Jest to niska, przygarbiona Pani lub Pan - tego nie udało mi się od razu rozgryźć - po pięćdziesiątce. Jest ubrana cała na czarno ze sraczkowatym małym napisem z prawej strony oznajmiającym, że trudni się pracą ochroniarza.
- Wystarczy nacisnąć raz, przecież nie jestem głucha! - wydziera się na powitanie. Następnie patrzy na nas i zawiesza się na chwilę po czym zadaje niezwykle skomplikowane logicznie pytanie -
O co chodzi?
Przetwarzam pytanie, które właśnie słyszę i w zasadzie nie wiem co mam jej odpowiedzieć. To już drugi raz w ciągu kilku minut kiedy utwierdzam się przekonaniu, że głupie pytania jak najbardziej są i właśnie przed chwilą miałem na to dowód. Pomimo zmęczenia i stresu staram się dopasować odpowiedź, która będzie adekwatna do zadanego pytania:
- Yyyy, przechodziliśmy właśnie obok i postanowiliśmy się zapytać czy nie chce Pani...Pan...tzn. Pani... kupić ziemniaków?
- Ccco!? Jakich ziemniaków!? - takiej odpowiedzi nie było na szkoleniu z otwierania drzwi, więc jest wyraźnie zaskoczona.
- My na Izbę Przyjęć , możemy? - postanowiła szybko ratować sytuację Dżoana i trzepnęła mnie w ramię.
To były słowa klucz, których oczekiwała ochroniarka, bo od razu nas przepuściła i zamknęła je szybko za sobą na klucz jakby uratowała nas właśnie przed atakiem wygłodniałych zombie. Odwróciła się w stronę swojej kanciapy i powiedziała jakby do siebie:
- W prawo, korytarzem do końca i w lewo.
Szybko okazało się, że byłem w dużym błędzie pocieszając Dżoanę, że w środku będzie przyjaźniej i milej. Korytarz był długi i ciemny z typową dla tego typu budynków posadzką, na której nawet adidasy z gumową podeszwą wydają charakterystyczny stukot. Po lewej stronie były duże okna z grubymi kratami, a po prawej ogromne, drewniane drzwi z solidnymi metalowymi klamkami. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to gotowa inscenizacja na siedzibę Gestapo do jednego z filmów Smarzowskiego.

Trzeba przyznać, że Izba Przyjęć wyglądała nieco lepiej niż przygnębiający korytarz. Pielęgniarka przywitała nas z taką samą uprzejmością jak ochroniarka - widocznie mają szkolenia u tej samej osoby. Oczywiście podjęła nieskuteczną próbę odesłania nas do domu, bo przecież nic aż tak poważnego się nie dzieję. Spojrzałem na moją żonę, która właśnie zbierała się do odparcia argumentów i przez chwilę zrobiło mi się żal pielęgniarki. Zrobiłem krok w bok, aby nie dostać rykoszetem. Próbowałem nawet mimiką twarzy sugerować tej kobiecie, żeby wycofała się z tych słów póki jeszcze może, ale bidulka chyba nie zrozumiała lub nie chciała zrozumieć. No cóż, w takim razie za błędy trzeba płacić. Mógłbym jeszcze w akcie całkowitej bezradności krzyknąć "Uwaga, kryć się zaraz wybuchnie!" i kucnąć chowając głowę między kolana, co miałoby zminimalizować moje obrażenia, ale doszedłem do wniosku, że klęska pielęgniarki może być w tej sytuacji nawet zabawna. Może wyciągnie z tego jakąś lekcję na przyszłość.
Tak jak myślałem, argumenty mojej żony okazały się przekonujące. Dżoana otarła po wszystkim lekko spocone czoło, a ja przytuliłem ją delikatnie szepcząc do ucha:
- Już dobrze Kochanie, nie denerwuj się tak. Twoje argumenty były takie... głośne, że Pani już nawet zadzwoniła po lekarza.
Pielęgniarka zamknęła się w sobie. A może była jeszcze w lekkim szoku. Odsunęła się od nas na bezpieczną odległość i usiadła na rogu kanapy znajdującej się na recepcji. Wlepiła wzrok w jedno miejsce i zaczęła się lekko bujać. Wydaje mi się, że modliła się, aby wezwany lekarz przyszedł jak najszybciej, bo nie chciała być tu z nami sama. Nie wiem dlaczego, przecież sama zaczęła tę nikomu niepotrzebną dyskusję.

Okazało się, że Dżoana musi zostać w szpitalu na obserwacji, więc trzeba przynieść torbę z samochodu. Lecę zatem długim i ciemnym korytarzem z powrotem, chwytam za drzwi, którymi wchodziliśmy do szpitala, ale odbijam się od nich z hukiem - zamknięte na klucz. Idę do kanciapy ochroniarki, wsadzam głowę przez niewielkie petenckie okienko i widzę, że ogląda z podekscytowaniem jakiś talent show.
- Co, żona zostaje na noc, a torby zapomniał? - pyta bezosobowo nie odrywając wzroku od maleńkiego telewizorka. Nie jestem do końca pewien, ale wydaje mi się, że mówi do mnie.
- Ta, zapomniał - odpowiadam z lekkim przekąsem, aby rozładować tę niepotrzebnie napiętą jak struna od gitary sytuację. Babochłop odrywa wzrok od telewizora i patrzy na mnie w taki sposób jakbym właśnie zepsuł jej całą zabawę i zdradził kto wygra oglądany przez nią program. Trwa tak bez ruchu, aż w końcu podnosi się leniwie z krzesła i rusza w kierunku drzwi. Z gracją starego znudzonego kota otwiera leniwie drzwi i przemawia tonem osoby, która jest świadoma tego, że ona tutaj rządzi, a ja jestem skazany na jej łaskę:
- Niech idzie szybko, nie będę zamykała, tylko poczekam w drzwiach.
Robię jak każe i jestem z powrotem w ciągu kilkunastu sekund.
- Dziękuję i przepraszam, że tak Panu...tfu...Pani zawracam głowę. Teraz już wszystko mamy i już nie będę przeszkadzał, można spokojnie się zdrzemnąć. - próbuję załagodzić sytuację, bo wiem, że przynajmniej jeszcze raz będę jej potrzebował i to całkiem niedługo - przy wyjściu do domu.
- Dobra, w końcu to moja praca, chyba nie!? Ja nigdy nie śpię na dyżurze, bo w każdej chwili może ktoś przyjechać - rzuca i posuwistym krokiem wciska się do swojego bezpiecznego świata z mini telewizorkiem.
Z pieruńsko ciężką torbą pod pachą lecę z powrotem na Izbę Przyjęć. W połowie drogi przypominam sobie, że przecież torba ma kółka i nie muszę jej dźwigać. Stawiam ją szybkim ruchem na posadzkę korytarza, wysuwam rączkę i ruszam żwawo. Szybko zaczynam jednak żałować tej decyzji, bo kauczukowe kółka w połączeniu ze starą posadzką wydają okropny hałas, który prawdopodobnie zbudzi wszystkie duchy osób zamordowanych w tym budynku podczas okupacji. Wpadam na Izbę zziajany, ale uradowany, że udało mi się uciec przed duchami.
- A co Ty tak odwracasz się za siebie? Goni Cię ktoś, czy co? - pyta Dżoana
- Mnie!? Nie, no co Ty!? - uspokajam sam siebie i próbuję wyrównać oddech
- Aaa, zapomniałam Ci powiedzieć żebyś zabrał z samochodu jeszcze moją kosmetyczkę, bo nie zmieściła się do torby. Położyłam ją na tylnim siedzeniu.
- Eh, nie ma sprawy. Zaraz przyniosę

Tylko ja wiem, że to oznacza powrót tym samym korytarzem, na którym czyhają na mnie rozeźlone duchy i "przeszczęśliwa" z mojej kolejnej wizyty ochroniarka. Swoją drogą co może znajdować się w tej walizie, skoro nie zmieściła się już do niej ta przeklęta kosmetyczka.
Na szczęście cały korytarz udaje mi się pokonać bezpiecznie. Docieram do kanciapy i tak jak poprzednim razem wsadzam głowę w niewielkie okienko i uśmiecham się nieśmiało, aby z wymuszoną życzliwością poinformować o swoim kolejnym przybyciu. Odpowiadają mi tylko ciche oklaski wydobywające się z miniaturowego telewizorka. Ochroniarka siedzi ze spuszczoną głową i ani drgnie. Gdyby nie pochrapywanie przypominające odgłosy wydające przez dzika, to wyglądałaby jakby nie żyła.
- Halo! - mówię lekko podniesionym głosem. Odpowiada mi tylko głośniejsze chrapanie.
- Słyszy mnie Pani!? Halo! - próbuję głośniej, ale to również nie daje żadnego efektu.
- Ej, nie śpimy! Pobudka! Haloooo! - drę się na pół korytarza.
Po prostu pięknie. Nie wejdę do tej kanciapy, bo pewnie jest zamknięta od środka. Próbuję chociaż szturchnąć ją ręką przez te okienko, ale nie sięgam. Zaczynam rozglądać się za jakimś przedmiotem, którym mógłbym ją chociaż rzucić. Widzę długopis. Brakuje mi jednak kilku centymetrów, aby go dosięgnąć. Włażę prawie cały przez ten otwór w ścianie, jedynie nogi zostają mi na zewnątrz. Chwytam długopis i już mierzę w jej kierunku, aby wystrzelić jak ognistą kulą z katapulty, gdy ta podnosi leniwie głowę, otwiera oczy, zawiesza wzrok na ekranie telewizora, potem przenosi go na mnie i widzi faceta, który leży na biurku podparty łokciami i niczym snajper celuję w nią długopisem.
- Rób wypad za okno, bo zaraz Cię gazem potraktuje zboczeńcu jeden - przemawia mocnym i pewnym głosem jak szeryf na dzikim zachodzie. Brakuje jej tylko przekrzywionego kapelusza i miętolonego zawzięcie w ustach cygara. - No i po co się tak drze? Przecież nie śpię. Reklamy były to sobie na chwilę oczy przymknęłam i się zamyśliłam. Mówiłam przecież, że ja na dyżurze nigdy nie śpię, muszę czuwać. - dodaje podnosząc się z krzesła.
Ja próbuję wygramolić się z tego okna i przy okazji zrywam firankę i zrzucam z biurka wszystkie papiery. Po wszystkim uśmiecham się przepraszająco. Jest mi głupio, chociaż to ten babol zasnął w pracy, a nie ja.

Biorę kosmetyczkę z samochodu i wracam do mojego dwupaka. Dżoana wędruje na oddział, a ja mogę wracać do domu. Droga do wyjścia jest oczywiście ta sama. Lecę przez długi i ciemny jak las nocą korytarz, zbliżam się już do wyjścia i widzę, że ochroniarka waruje już tym razem przy drzwiach wejściowych.
- O widzę, że tym razem czekała Pani na mnie żeby mnie wypuścić? To już ostatni raz dzisiaj, dobranoc - rzucam mijając ją w drzwiach
- Ta srała nie czekała. Chciałam po prostu zobaczyć minę z jaką będzie wychodził z tego korytarza, bo na kamerze nie było widać - parska mi w twarz babochłop
- Na kamerze!? Na jakiej kamerze?
- A co myśli, że ja tu tylko drzwi otwieram i zamykam? Pilnuję całego obiektu za pomocą monitoringu i wiedziałam jak żeś posrany ze strachu biegł za każdym razem przez ten korytarz. Dychy tam widział, czy co!? Ojcem zaraz zostanie, a ciemności się boi...

Jest to nieopublikowany fragment książki "Dylematy Taty", którą miałem okazję popełnić. Jeżeli Wam się podobało i mielibyście ochotę na więcej to książkę możecie znaleźć m.in. tutaj lub tutaj.
Trwa ładowanie komentarzy...