O autorze
Tata Jasia. Pisze, bo sprawia mu to przyjemność... Udało mu się popełnić książkę Dylematy taty. Subiektywny poradnik rodzica

Po terminie, czyli "nawiedzamy" szpital (cz. 2)

Gdy "byliśmy" już cztery dni po wyznaczonym terminie siedzieliśmy w domu jak na tykającej bombie. Każde głębszy oddech Dżoany powodował u mnie natychmiastowe skoki adrenaliny. W końcu nie mogliśmy już wytrzymać w domu i postanowiliśmy pojechać do szpitala żeby chociaż zrobili "nam" KTG, co powinno nas trochę uspokoić.


Zajeżdżamy pod budynek szpitala. Poprzednim razem Dżoana spędziła kilka dni na oddziale, więc teraz czuję się już jak u siebie - niczym recydywa, która wraca z odsiadki na swoją dzielnicę i wie dokładnie komu kłaniać się w pas, a komu można napluć w twarz. Obskurna elewacja budynku już nas nie przeraża, a jedynie trochę rozczula jak babiczka sprzedająca kwiaty pod dworcem.

Tym razem jesteśmy o wcześniejszej porze, więc drzwi wejściowe stoją do nas otworem. Przez okna znajdujące się na tym długim korytarzu wpadają mocne promienie zachodzącego czerwcowego słońca budząc w nas pozytywne nastawienie. Pomimo że my tu dzisiaj jesteśmy przecież tylko na chwilkę. Co prawda jest już kilka dni po terminie, ale Jasiek siedzi grzecznie w bębnie i nic nie wskazuje na to, żeby szykował się na zewnątrz. Ot, zrobimy sobie KTG i zaraz zmywamy się do domu.


W ogóle dzisiaj wszystko jest takie piękne i pachnące latem - nawet lekarze, którzy mijają nas na korytarzu uśmiechają z daleka i witają nas jak starych znajomych. No, może jedynie pielęgniarki wysiadujące w Izbie Przyjęć niczym kury na grzędzie są trochę zniesmaczone naszą wizytą, ponieważ przerwaliśmy im jakąś bardzo ważną rozmowę o sprawach zawodowych. Weszliśmy akurat w momencie kiedy jedna z nich kończyła myśl, a my usłyszeliśmy jedynie: "W dupie mam tego starego zboczeńca. Sram na niego i ten cały szpitalny burdel. Rzygać mi się chcę jak muszę tu codziennie przychodzić". Byliśmy jednak tak pozytywnie zahipnotyzowani, że uznaliśmy to po prostu za słaby żart.

Szybko załatwiliśmy formalności i zlegliśmy na KTG. Sonda pykała sobie miarowo, wydając z siebie znane nam już doskonale dźwięki. Co jakiś czas zajrzała do nas ta sfochana na starego zboczeńca pielęgniara, aby upewnić się, że wciąż tu jesteśmy. Po KTG przyszła kolej na wizytę lekarską. Okazało się, że badanie KTG wykazało lekkie skurcze. A to oznacza, że poród może zacząć się w każdej chwili, więc Dżoana musi jednak zostać w szpitalu. Nie da się ukryć, że trochę nas to zmroziło. Przecież my tu przyjechaliśmy tylko na KTG. Fakt, jesteśmy po terminie, no, ale w ogóle się nie spodziewaliśmy, że to może być jeszcze dzisiaj. Na szczęście, to narazie jedynie skurcze przepowiadające, więc to jeszcze nic pewnego.

Nagle wyrasta przed nami pielęgniara i prosi, żeby iść za nią. Jesteśmy tak otumanieni, że nawet nie pytamy się jej gdzie nas prowadzi. Po ostatniej naszej wizycie zakładamy, że skoro Dżoana zostaje w szpitalu, to pewnie wrzucą ją na patologię ciąży, gdzie wysiedzi już do wyklucia się naszego wyczekanego maleństwo. Lecimy za pielęgniarą długim korytarzem do końca, gdzie czeka na nas winda, która zawozi nas na drugie piętro. Teraz to już na sto procent jesteśmy przekonani, że za momencik zostaniemy odstawieni na "patologię". Wysiadamy z windy i skręcamy w prawo. Robimy jeszcze dwa kroki i zauważamy, że nie ma z nami pielęgniary. Odwracamy się, a ta franca zamiast w prawo, skręciła w lewo i patrzy na nas jak na wioskowych głupków, którzy zgubili się w supermarkecie na dziale monopolowym. Tuż za jej plecami stoją duże białe drzwi, a nad nimi groźny napis "Sale porodowe". Stoimy tak na przeciwko siebie przez dobre kilka sekund i mierzymy się wzrokiem. W końcu ona przerywa milczenie:
- No, zapraszam Panią. Na ca Pani czeka!?
- Ale gdzie? Tam!? - wskazuje Dżoana na białe drzwi, za którymi mieści się świat, który jest poza zasięgiem wyobraźni nawet najbardziej bojaźliwych mężczyzn. Krzyki i odgłosy, które już niedługo usłyszę za tymi drzwiami pozostaną ze mną na zawsze.
Właśnie do mnie dotarło co się właśnie dzieje i o co chodzi tej pielęgniarce. Próbuję coś powiedzieć, ale brakuje mi powietrza, więc jest to tylko bezgłośne poruszanie ustami. Czuję się jak bokser, który właśnie dostał cios w splot słoneczny i wie, że zaraz zemdleje.
- Właśnie zaczęła się u Pani akcja porodowa, a jedna z sal porodowych jest wolna, więc ma Pani duże szczęście, urodzi Pani w komfortowych warunkach - wzniosła się na wyżyny uprzejmości pielęgniara.

Takie są właśnie szpitale i lekarze. Człowiek przychodzi z bolącym palcem, a oni chcą od razu usunąć mu całą rękę. Ludzie, przecież my przyjechaliśmy tylko na KTG. Rozmawialiśmy rano z Jaśkiem i on wyraźnie kopnął w brzuch zaznaczając tym samym, że dzisiaj ma swoje sprawy do załatwienia i raczej jeszcze nie wylezie. A ta pielęgniara ze smutną jak u Basseta twarzą próbuje nam wmówić, że zaczęła się akcja porodowa.
- No dobra, przynajmniej będzie już po wszystkim. Szast prast i po krzyku, zobaczysz! - próbuję jeszcze na szybko pocieszyć Dżoanę przed festiwalem bólu i krzyków, który ją za chwilę czeka. Jej mina i spojrzenie, którymi mnie obdarowała sugerowały mi, że próba pocieszenia się nie udała.
- Pomyśl, że kiedyś kobiety rodziły w szałasach przy ogniskach i szurniętych szamankach, a Tobą będą opiekować się wykształceni lekarze, więc nie masz się czego obawiać - w akcie rozpaczy postanowiłem spróbować podnieść ją na duchu jeszcze raz.
- Weź Ty się już lepiej zamknij - rzuciła szybko Dżoana i poszła w kierunku białych drzwi, za którymi już za chwilę zmieni się nasze życie.
- A Pan dokąd!? - stanęła mi na drodze pielęgniara i dumnie wypięła wielkie jak piłki lekarskie piersi, aby uświadomić mi kto tu rządzi. - Jeżeli chce Pan towarzyszyć żonie, to proszę kupić sobie na dole taki fartuch ochronny, bez niego Pana nie wpuszczę.

Zbiegłem szybko na dół po ten durny fartuch. I nagle uświadomiłem sobie, że nie mam przy sobie żadnych pieniędzy - ani złotówki. Ja pierdziele, jaki dramat. Dobra bez paniki, zaraz się coś wymyśli. Wyciągam telefon, dwa pyknięcia w ekran i już słyszę ten znajomy dźwięk oznajmiający realizację wybranego połączenia.
- Cze Młody, słuchaj jest sprawa. Aśka zaczęła rodzić, a ja potrzebuję 5 złotych żeby jej pomóc. Podrzuć mi szybko z dyszkę, tak w razie czego - rzuciłem na jednym wydechu jak tylko usłyszałem w telefonie głos brata.
- Serio, tylko "piątka" wystarczy, aby jej w tym pomóc? - upewniał się Młody
- No, a ile to ma kosztować!? Przecież to i tak jest kupa kasy jak za takie coś, co i tak zaraz wywalisz do kosza
Po stronie mojego rozmówcy zapadła kilkusekundowa cisza, który zaczynała się niebezpiecznie wydłużać.
- Piłeś coś!? - zaryzykował w końcu Młody
- Tak, pielęgniarka o twarzy Basseta i wielkich cycach postawiła, więc nie wypadało odmówić
- Człowieku, przecież Ty zaraz będziesz ojcem. Musisz teraz chlać jak Aśka może w każdej chwili urodzić!? Gdzie się szlajasz łachudro?
- No jak to gdzie, w szpitalu. Pożyczyłem "piątkę" od sprzątaczki i powiedziała, że jak jej nie oddam to mnie znajdzie i rozszarpie jak pluszowego misia

Młody był w ciągu piętnastu minut. W tym czasie na mój telefon wpadło około setki sms-ów do mojej kochanej Dżoany. Większość z nich była podobnej treści: "Gdzie Ty jesteś tyle czasu!?", "No, gdzie jesteś!?", "Jezu, ja rodzę", "Przyłaź natychmiast!", "Masz w ryj", "Zabiję Cię", "Nie chcesz, to nie przychodź. Sama sobie poradzę", "No przyjdź, proszę!".
Okazało się, że u Młodego gotówka to również deficytowy problem i przywiózł jedynie 5 złotych. Wręczył mi uroczyście na środku korytarza i dodał przepraszająco:
- Sorry, więcej nie miałem.

Zbiegam szybko na dół. Odnajduje automaty z fartuchami i zamieram bez ruchu. Do ściany przymocowane są trzy automaty, a każdy na pozór wydaję się mieć taki sam niewyraźny, niebieski szlaczek na przedniej ścianie. Skoro tak, to wrzucam moją "piątkę" do tego środkowego i przekręcam pokrętło aż w specjalnym okienku pojawi się biały, płaski kartonik. Wyciągam go szybko i biegnę na górę. Tuż przed wejściem na "porodówkę" wciskam przycisk domofonu znajdujący się tuż obok drzwi i zaczynam rozwijać kupioną zawartość. Niestety ku mojej rozpaczy z kartonika zamiast fartucha wylatuje niewielka maseczka. W momencie gdy dokonuję tego makabrycznego odkrycia otwierają się białe drzwi i staje w nich Basset w białym kitlu.
- Przecież mówiłam Panu, że to ma być fartuch, a nie maseczka - po czym zamyka drzwi przed nosem.

Zostaję sam na sam z maseczką. Zaczyna rosnąć we mnie wewnętrzna potrzeba zrobienia krzywdy tej kobiecie. Szybko jednak staram się skorygować te negatywne uczucie do klątwy, którą rzucam na nią schodząc w całej mojej bezradności po schodach:
-... I żebyś złapała grypę żołądkową w pociągu relacji Kołobrzeg - Zakopane, w którym akurat nieczynne będą wszystkie toalety - i w tym momencie uświadamiam sobie, że zmarnowałem swoją jedyną "piątkę" i będę musiał teraz pożyczać kasę od ludzi lub szukać w pobliżu jakiegoś bankomatu. Coś mnie jednak tknęło do tego, aby poszukać ratunku w dyżurce ochroniarzy, gdzie miesiąc temu siedziała ochroniarka babochłop.
Wsadzam nieśmiało głowę przez te same petenckie okienko i widzę moją "znajomą". Patrzy się na mnie tempo, więc chyba mnie nie poznała. To trochę dodaje mi odwagi.
- Brry, przepraszam, że Pani...Panu..tzn. Pani, chyba, tak mi się przynajmniej wydaje...a zresztą nieważne. Chodzi o to, że moja żona rodzi, a widzi Pani ja mam tylko maseczkę, a potrzebuję fartuch - i pokazuję jej biały kartonik, gdyby nie zrozumiała mojego bełkotu - Czy wie Pani może jak mogę go wymienić na fartuch?
Babochłop patrzy na mnie z całkowicie obojętną miną, jakby w ogóle nie słuchała tego co przed chwilą do niej powiedziałem. Po czym wzdycha ciężko kilka razy, a następnie schyla się po coś do szuflady biurka, z której wyjmuje identyczny biały kartonik jak mój. Kładzie go prze de mną na niewielkim blacie i zwinnym ruchem wyrywa mi z rąk ten mój, z maseczką.
- I ma teraz fartuch! Niech idzie szybko, bo urodzą bez niego - po czym dodaje na koniec - Ciemności się boi, maszyny z fartuchem nie potrafi obsłużyć, a ojcem będzie. Boże widzisz i nie grzmisz...

Tego wieczoru Jasiek miał tylko próbę generalną, a przedstawił nam się dopiero dwa dni później…

Jest to nieopublikowany fragment książki "Dylematy Taty", którą miałem okazję popełnić. Jeżeli Wam się podobało i mielibyście ochotę na więcej to książkę możecie znaleźć m.in. tutaj lub tutaj.
Trwa ładowanie komentarzy...